Rozdział 4.

„Nawet tak krótki odpoczynek pozwolił ruszyć w dalszą drogę z nowymi siłami.”

Rhys jeszcze nigdy nie był tak zmęczony. Ledwo oddychał; pokonał już większość drogi, cały czas myśląc, czy poddać się i położyć na rozgrzanej przez słońce ziemi. Oczekiwać na sępy. Jednak perspektywa spędzenia jeszcze parunastu godzin w tym piekle nie wyglądała najlepiej. Bo piekło z całą pewnością tak wyglądało.
Chłopakowi wydawało się, że żar rozpala mu głowę i plecy. Według mapy, którą wyjął i zgubił w ostatniej oazie, do granicy zostało około dwadzieścia kilometrów. Z pewnością przeszedł już pięć, ale kto wie, czy nie więcej? Umysł miał pusty. Tylko nogi przestępowały do przodu, jakby same wiedziały, że nikt za nie nie przejdzie tej drogi.
Piasek, który swoimi suchymi falami rozlewał się wokół, wcale nie zachęcał. Drobinki wdzierały się Rhysowi do butów, a to nie ułatwiało chodzenia. Pierwszy raz mężczyzna zdał sobie sprawę, jak bardzo nie doceniał pałacowych wygód.
Rhys podniósł wzrok, a ciemne włosy opadły mu na oczy. Z wielkim wysiłkiem odgarnął je ręką, która następnie bezwiednie opadła na bok. Ujrzał w oddali jakieś zbiorowisko drzew. W pierwszej chwili ogarnęła go euforia. Uśmiechnął się; wyglądało to raczej jak zmęczony grymas.
Zdał sobie sprawę, że to mogła być fatamorgana. Parł jednak uparcie do przodu – z każdym krokiem Pałac był coraz bliżej, a to, czego się dowiedział, nie mogło czekać.

*

Joyce otwierała drzwi do swojego pokoju z uśmiechem na twarzy. Nareszcie go znalazła; ten cały Aaron dał jej niejasne wskazówki, tak to sobie tłumaczyła. Jednak kiedy przestąpiła próg, uśmiech zgasł, a na jego miejsce na twarz wstąpiło niedowierzanie.
– Nie wierzę – szepnęła, kręcąc głową.
Zrobiła krok do przodu i podeszła do łóżka. Nie dość, że pokoik był malutki, to jeszcze łóżko zajmowało większość jego powierzchni. Jo otworzyła nieco usta ze zdziwienia, próbując się dotlenić. Dotknęła powierzchni, a przewidywania dziewczyny się spełniły – nie było tam żadnego materaca. Deski.
Czy ona naprawdę miała spać na deskach? Po chwili jednak zobaczyła jakiś plus – miała kołdrę. Zawsze takowa mogła służyć za miękkie posłanie.
Wyglądało na to, że łóżko było jedyną atrakcją w tym pomieszczeniu, gdyż niczego więcej tam nie było – pomijając żarówkę, która wisiała na jednym, grubym kablu na środku białego sufitu.
– Mam nadzieję, że nie spadnie mi na głowę, kiedy będę spać – mruknęła Joyce, spoglądając podejrzliwie na lampkę. – Ona ma w ogóle włącznik?
Joy przeszła wzrokiem po seledynowych ścianach i tuż przy drzwiach ujrzała wielki guzik. Uśmiechnęła się z satysfakcją – będzie mogła się nad nim znęcać, gdyż już wcześniej zauważyła, że apartamenty królowej znajdują się dokładnie naprzeciw sypialni Joyce.
Podeszła do okna wychodzącego na ogród. Nie pierwszy już raz pomyślała, że było tutaj tak pięknie. Co chwila przelatywały jakieś ptaki, które wyglądały na zupełnie inne, niż były na… Ziemi. Jo postanowiła już nie oszukiwać i nazywać rzeczy po imieniu – na razie miała zostać w Krainie Czarów, więc trzeba było się przyzwyczaić.
Cichy śmiech wyrwał ją z zamyślenia – przestraszyła się nieco i szybko odwróciła. Zdziwiła się widząc w drzwiach Aarona, który uśmiechał się i najwyraźniej ledwo powstrzymywał od wybuchnięcia niepohamowanym śmiechem.
– Niezły pokój – zaczął, robiąc parę kroków w stronę Joy. – Rhys wybierał. Ma gość talent, prawda? Szkoda, że nie widzi twojej miny – zatarł ręce – wiele bym dał, żeby móc ją uwiecznić, bo, powiem ci szczerze, jest bezcenna.
Aaron wyminął Joyce, przeczesując palcami swoje włosy w kolorze piasku. Uśmiechnął się jeszcze raz, widząc łóżko, i nagle spoważniał.
– Mógł ci jednak załatwić jakiś materac, nie chcę, żebyś na misjach była cała obolała – jeśli w ogóle na jakąś pojedziesz, ma się rozumieć. – Na twarz znów wrócił mu uśmiech. – Ale muszę przyznać, królewski apartament.
Jo prychnęła, posyłając Aaronowi spojrzenie, które miało go zabić. Coś najwyraźniej nie wyszło, gdyż nadal był cały i zdrowy.
– Kim jest Rhys? – zapytała.
– To najlepszy przyjaciel, rycerz i wojownik. Jednocześnie niezły dowcipniś, na twoim miejscu już bym się bał – zaśmiał się Aaron, po czym podszedł do Joyce. – Mam nadzieję, że skoro już tu jesteś, zamek się trochę… ożywi. W końcu ktoś nowy – uśmiechnął się ciepło, po czym podniósł rękę, jednak natychmiast ją opuścił.
Joyce spojrzała w jego zielone oczy i uniosła kąciki ust.
– Co tu się dzieje? – zapytała cicho, usiłując przybrać taki ton, który dodałby Aaronowi chociaż trochę otuchy. Coś go gnębiło.
– Joy, tutaj się dzieje naprawdę bardzo dużo i może nawet lepiej, że na razie o niczym nie wiesz – powiedział i spojrzał na zegarek. Złapał Joy za nadgarstek i wyszli przez drzwi. – Chodź, Kapelusznik chciał się z tobą widzieć.
– A mój pokój…? – mruknęła Joyce, ociągając się.
– Pokój poczeka – uśmiechnął się Aaron i przeprowadził Joy przez labirynt korytarzy.
Miała nadzieję, że nigdy już nie znajdzie drogi powrotnej do tego pomieszczenia.

*

Mimo iż zawód „kapelusznik” wyraźnie dawał do zrozumienia, że takowy człowiek ma coś do czynienia z kapeluszami, Joyce zdziwiła się, gdy weszła do biura Tarranta. Wszędzie tam były nakrycia głowy – na szafkach, półkach, kanapie, krzesłach a nawet na podłodze roiło się od meloników, cylindrów, westernów, znalazłoby się nawet sombrero. Wszystko to mieściło się w jednym, niezbyt dużym pomieszczeniu utrzymanym w czerwieniach i pomarańczach.
– Joyce, witam, czekałem na ciebie! – zaczął Kapelusznik, po czym podszedł do Joy z miarą krawiecką zawieszoną na szyi. Chwycił ręce dziewczyny w swoje i podprowadził do małego stoliczka z krzesłami, jedynego miejsca, gdzie nie było kapeluszy.
Aaron ruszył za nimi, zajmując jedno z miejsc. Joyce usiadła koło niego, naprzeciw kapelusznika. Aaron nieznacznie uśmiechnął się, ale od razu spoważniał i spoglądał wyczekująco na Tarranta.
Ten zaś wziął ręcznie malowany, porcelanowy imbryk i nalał sobie herbaty. Dosypał dwie kostki cukru, podniósł, przyjrzał się i odstawił. Mniamałyga od razu podbiegła do filiżanki i spróbowała palcem, mrucząc pod nosem coś w stylu: „Marcowy Zając zamienił cukier z solą, a to sukinzając”.
Uśmiechnął się szeroko, a mucha pod brodą zadrgała. 
– Ona tak zawsze? – zapytał Aaron, kręcąc głową ze śmiechem. – I Zając też. Ja się dziwię, jak ty z nimi wytrzymujesz?
Kapelusznik potarł brodę w zamyśleniu. Chwilę przyglądał się w skupieniu Mniamałydze, potem Marcowemu Zającowi, aż wreszcie spojrzał na Aarona.
– Lata praktyki działają cuda – powiedział, ucinając temat. Zwrócił się do Joyce: – Wzywałem cię, nieprawdaż? Jak zapewne myślisz, nie bez powodu. Nadal dokładnie nie wiemy, czemu tu trafiłaś – ale musimy to jak najszybciej odkryć. Rozumiesz?
Joyce skinęła głową. Kapelusznik przechodził z jednego tematu do drugiego, przez co w głowie Joy stworzył się mętlik. Zaczęła wpatrywać się w swoje buty, chcąc wyławiać jakieś ważniejsze słowa Tarranta.
– To, co widziałaś, jest… dziwne. Wiemy od jakiegoś czasu, że z tamtym lasem coś się dzieje – nie było jednak wiadome, że na taką skalę! Myślę, że to cię będzie bardziej interesować – nadal nie wiemy, jak wrócisz do domu, a tym bardziej, jak w ogóle się tu dostałaś.
Kapelusznik wzruszył ramionami, po czym podniósł do ust filiżankę z herbatą i napił się. Trzymał chwilę napój w ustach i połknął. Nagle zobaczył, że Joyce wcale nie wpatruje się z zainteresowaniem w niego i zmarszczył brwi.
Mniamałyga natychmiast to zauważyła. W dwóch susach przeskoczyła odległość dzielącą ją od Joy, stanęła przed nią wyprostowana i rzekła donośnie:
– Słuchaj, ty… śmyrny bździu!
Joyce nagle zwróciła na nią zszokowany i zdziwiony wzrok i przestała się ruszać.
– Mniamałygo! – zganił ją Tarrant, nakrywając mysz filiżanką.
Nawet spod nakrycia można było usłyszeć, że uwięziona mruczała coś pod nosem i zapukała parę razy w porcelanę. Kiedy nikt jej nie uwolnił, przestała.
– Ups – zachichotał Marcowy Zając, podnosząc na wysokość swoich oczu imbryk z herbatą. – Dzbanek – zauważył i wlał napój prosto do ust.
Aaron zaśmiał się i wydobył Mniamałygę spod filiżanki.
– To nasz gość – wypowiedział poprzez śmiech. – Traktuj ją… należycie.
Mysz posłała Aaronowi gniewne spojrzenie.
– Po prostu chciałam, żeby ta… dziewucha niewyżyta zwróciła swoją szacowną uwagę na położonego wyżej od niej mieszkańca, który postanowił jej wyjaśnić, co u nas robi! – Pod nosem dodała: – Ja też bym się tego z chęcią dowiedziała.
Aaron uśmiechnął się pod nosem.
– Joyce, musisz… – zaczął powoli, uważnie obserwując, czy „dziewucha niewyżyta” słucha go.
– Ja nic nie muszę – warknęła Joyce, przewracając oczami.
– Okres spóźnionego buntu? – zakpił Aaron.
– Aaach! – zdenerwowała się Mniamałyga, po czym wyszła z pomieszczenia.
Kapelusznik wyciągnął rękę pomiędzy Aarona a Joyce, nie pozwalając im na dalsze kłótnie.
– Zaprzestańcie! Joyce, wysłuchaj mnie w końcu…

*

Joyce usiadła na łóżku, zapalając po drodze żarówkę. Pomieszczenie wypełniał delikatny blask światła, który wydał się dziewczynie magiczny. Rozejrzała się wokół – pokój nadal był taki sam, pusty i bez żadnych udogodnień. A najbardziej żałowała braku materaca, który przydałby się jej do porządnego wyspania.
Nagle jednak usłyszała trzask drzwi, a chwilę potem pozostałości lampki leżały na jej łóżku. „Najwyraźniej kabel przymocowany był tak dobrze, że aż źle”, pomyślała.
Aaron podszedł do Joyce i oparł się łokciem o ścianę. Wziął głęboki wdech i zaczął:
– Co ty wyprawiasz? – zapytał z gniewną nutą w głosie. – To już nas… mnie irytuje! Raz jesteś wesolutka jak słoneczko, a po pięciu minutach odzywasz się jak do kogoś, kogo serdecznie nienawidzisz.
Joyce zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. Nie powiedziała nic.
– Odpowiedz. Jeśli tego nie zrobisz, będę zmuszony wydalić cię z pałacu – Aaron zrobił przerwę – a mam do tego prawo. Czekam.

Dziewczyna popatrzyła na niego. Nie mówiła nic kilka sekund, po czym głosem cichym odparła:
– Wiesz, że sama nie wiem…? Mam jakieś dziwne, wrogie nastawienie do całego pałacu. To wszystko jest dla mnie… dziwne. Nie mogę przeboleć tego, że już nie jestem u siebie. Mam mieszane uczucia, nie jestem pewna, co czuję! Możesz mnie uważać za wariatkę, ale…
– Wcale nie jesteś wariatką – powiedział ledwo słyszalnie Aaron. – Tutaj wszyscy tacy są. Jakaś zła aura czy coś – uśmiechnął się.
Joyce odwzajemniła to.
– Dobra, prześpij się na swoim jakże wygodnym łóżku i widzimy się jutro – prawie zaśpiewał Aaron, opuszczając pokój. – A, i jeszcze jedno. Ponoć niedługo wraca Rhys, więc on ustawi cię do pionu. Już ja o to zadbam – rzekł na odchodne, po czym wyszedł z pokoju, tym razem już nie trzaskając drzwiami.
A żarówka nadal leżała koło Joyce, wcale nie chcąc zawiesić się sama z powrotem na suficie.

*

– Nareszcie! Jeszcze parę kroków – wysapał do siebie Rhys, czując widoczną zmianę klimatu.
Nie był pewien, jak to dokładnie działało – w jednym miejscu mogła być pustynia, a pięć metrów dalej – zima. Według niego w pewnym sensie było to ułatwienie, gdyż po długiej wędrówce mógł znaleźć się w o wiele chłodniejszych stronach, gdzie mógł wypocząć.
A po kilkunastodniowym spacerze po pustyni brakowało mu tylko chłodu i wody. Tej drugiej w bardzo dużych ilościach.
Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, jak cudowne było uczucie postawienia stopy na świeżej, pokrytej rosą trawie. Stanął dwoma nogami na gruncie i uklęknął, po czym położył. Przewrócił się na plecy i chwilę głęboko oddychał, a ciężar zdobytych informacji ciążył na nim bardziej niż kiedykolwiek.
Nie było czasu na odpoczynek.
Ale co mógł poradzić, skoro to było silniejsze od niego?
Rhys przejechał zmęczonymi dłońmi po trawie, a te stopniowo nawilżały się. Wreszcie pozbył się tego ohydnego piasku, który towarzyszył mu przez tę podróż. Wreszcie mógł przekazać informacje, które wydały mu się bardzo ważne. 
Wreszcie mógł wrócić do pałacu i położyć się w dogodnych warunkach, na materacu. Mógł poznać tę nową dziewczynę, której pojawienie się czuł w ostatnich tygodniach.
Aż wreszcie przypomniał sobie swoje postanowienie o zabraniu jej materaca i pomyślał, że ona też musiała spać na deskach. Rhys musiał na drzewach. Nikomu tego nie zazdrościł, więc zebrał się w sobie i zadecydował, że pierwszym, co zrobi co przyjściu, będzie podarowanie nowo przybyłej prowizorycznego materaca.
– Koniec tego leżenia – mruknął do siebie i wstał.
Nawet tak krótki odpoczynek pozwolił ruszyć w dalszą drogę z nowymi siłami.
Rhys spojrzał przed siebie – widział już wieżę graniczną, która była celem jego podróży. Szedł więc, myśląc o wszystkim, byle nie o bólu nóg i piasku znajdującym się w butach – nagle przed oczami stanął mu Aaron machający na pożegnanie.
Rhysowi brakowało wesołego kompana. Wiedział, że pisząc się na wszelkiego rodzaju misje, w większości z nich będzie szedł sam, ale z kimś było o wiele lepiej. Miało się chociaż osobę z którą można było pogadać, nie narażając się na zdradę tajemnic państwowych. Dla Rhysa oznaczałoby to koniec pracy, ale musiał się przyzwyczaić, że każdy „obcy” mógł być potencjalnym wrogiem.
Rhys nie zauważył nawet, kiedy dotarł do granicy z Marmoran. Zajmowały się nim różne osoby, a on sam leżał bezwładnie. Próbował dać do zrozumienia gwardzistom, że nie miał czasu, że przyszedł ze sprawami niecierpiącymi zwłoki. Ci jednak mówili, żeby się uspokoił.
On jednak nie mógł się uspokoić. W Antywii działo się coś złego, a Rhys być może posiadał kolejny fragment układanki.
__________________________
Dostałam nagłej dawki motywacji do pisania, uhuhu! Do tego rozdziału – fakt faktem – zabierałam się kilka razy (nieraz po długiej przerwie), ale w końcu jest – świeżutki i pachnący, tylko podziwiać :D
Pozdrawiam!
Zmieniająca pseudonimy jakieś setki razy
Autumn Llyon
PS Widziałam, że zostałam nominowana do Bloga Miesiąca kwietnia w Księdze Baśni – dziękuję, może i mam na razie mało głosów, ale może z czasem, gdy będę mieć większą ilość stałych czytelników, to się zmieni! :3

Rozdział 3.

„Jeśli już chcesz się zmieniać, rób to z głową.” 
– Jeśli o mnie chodzi, to nieco, ciut, odrobinkę, tycio-tycio, naprawdę się zmieniłaś przez ten ostatni czas, Mirano – zaczął pewnie Szalony Kapelusznik. 
Biała Królowa nerwowo westchnęła. Wbiła ostre spojrzenie w mężczyznę, z którym siedziała w sali narad.
– Nie pomagasz, Tarrancie Hightopp – ostrzegła go, spoglądając na zegarek. – Powinna już tu być – mruknęła i oparła głowę na ramieniu. 
– Dajmy jej chwilę. Jest tu nowa, pamiętaj. Możliwe, że zostanie na dłu… – przerwał nagle Kapelusznik. Jego spojrzenie popłynęło w stronę młodej postaci, która właśnie stanęła w drzwiach. 
Sala narad zrobiła na Joyce bardzo dobre wrażenie. Utrzymana była w jasnej kolorystyce; jedynym, co towarzyszyło bieli, były akcenty pudrowego różu – w skale takiego koloru wyrzeźbiony był łeb konia, wystający ze ściany. Po drugiej stronie był goniec, a dalej wszystkie figury szachowe. 
Wielkie okna były wypełnione witrażami. Szkło przedstawiało scenę, gdzie jasnowłosa istota trzymała nad głową miecz. Zdawał się on błyszczeć, chociaż był tylko namalowany. Inne okna przedstawiały inne postacie; na jednym z nich Joy ujrzała Białą Królową. 
Na środku sali, naprzeciw drzwi, rozciągał się podłużny stół, przy którym zasiedli Mirana i Tarrant. W równych odległościach na blacie stały wazony z kwiatami: Joyce sądziła, że musiały być to konwalie. 
– Prosiliście o przyjście – powiedziała głośno Joy, podchodząc do stołu i siadając na skraju ławy – a więc jestem. 
Szalony Kapelusznik uśmiechnął się ciepło, po czym zmarszczył brwi i zaczął bacznie przyglądać się nowo przybyłej. Joy spokojnie oddała spojrzenie, ale w środku niej się wręcz gotowało. Po co ją tutaj wołali? Przecież ani nic nie zrobiła, ani nie jest potrzebna! 
Biała Królowa uśmiechnęła się. Coś jej mówiło, że może zaufać Joy – kroczek po kroczku przełamać złe pierwsze wrażenie. Była poddenerwowana wcześniejszymi wydarzeniami. 
– Joyce… – zaczęła, nie bardzo wiedząc, co ma dalej mówić. – Ja… chciałam przeprosić. Musisz wiedzieć, że jesteś tutaj ważna i mimo wszystko na razie tutaj zostaniesz – dokończyła łagodnie i wzięła głęboki, drżący wdech. – Czas mówił mi, że masz jakąś misję do wykonania, możesz przeszkodzić w śmierci tysięcy istnień… ale tymczasowo nie wrócisz do domu. Czas się zatrzymał. Jeśli ruszy, wszyscy o tobie zapomną. Ja… 
Joyce skinęła głową kilka razy na znak, że rozumie. Poczuła piekące łzy pod powieki; dała im spłynąć po policzkach, jednak dalej słuchała. W jej głowie kotłował się natłok myśli: najpierw niezbyt miłe powitanie, które dało jej do zrozumienia, że jej miejsce nie jest tutaj, że znalazła się przypadkiem. 
Przypadek. Niby zwykłe słowo, a może tyle powiedzieć – zranić, albo ucieszyć, kompletnie zbić z tropu albo namieszać w głowie. 
Dwa: Joy spotkała się z jakimś wymyślnym pajacem z porcelanową twarzą i fioletowym makijażem, białą królową oraz gadającą myszą. I kartami z odnóżami. Kobieta stwierdziła, że Jo ma jakąś misję do zrobienia, ale dziewczyna nigdy nie była w… Krainie Czarów? Tak nazywa się to miejsce? 
Kolejne łzy popłynęły Joyce po policzkach, mimo tego czekała na dalszą wypowiedź królowej. Jednak zamiast tego usłyszała wymyślnego pajaca. 
– Jo, nie chcemy źle! Mamy tylko nadzieję, że uratujesz nasz świat; według Rokroczni – widząc pytanie malujące się na twarzy Joyce, uzupełnił szybko: – naszego kalendarza zawierającego przepowiednie, tylko dziewczę o długich, brązowych włosach zdoła nas uratować. A jeśli nawet Czas nam pomógł, to to jest na pewno gruba sprawa. Wiesz, Czas zamroził wasz czas. – Kapelusznik zaśmiał się z własnej gry słów. – Podczas kiedy u was CZAS stoi w miejscu, nasz CZAS ma się świetnie. – Nagle jednak na twarzy mężczyzny pojawił się jakiś dziwny wyraz, jednak szybko uśmiechnął się szeroko, błyskając białymi zębami: – Czyżbym się nie przedstawił…? Tarrant Hightopp, nadworny kapelusznik, doradca królowej, jej prawa ręka, opiekun popołudniowych herbatek, totalny szaleniec, orga… – mówił coraz słabiej, jakby nagle zabrakło mu tchu, ale koniecznie chciał powiedzieć wszystko, co miał do powiedzenia. 
– Stop! – rozkazała donośnie królowa, przerywając monolog kapelusznika. 
– Dziękuję – odpowiedział mężczyzna tym samym, cienkim głosem. 
Joyce zmarszczyła brwi. Łzy nadal ciekły jej z oczu, ale nie przeszkadzały jej ani w widzeniu, ani w racjonalnym myśleniu. Co się tutaj działo? Zmarszczyła brwi i jeszcze raz wszystko przemyślała. 
Czas… czy czas mógł się zatrzymać? Biegł ciągle i bez ustanku, aż nagle w jednej chwili postanowił się zatrzymać? Dla Joyce było to o wiele za trudne. Nie powinni jej nic mówić, trwałaby w błogiej nieświadomości, nie wiedząc, co się dzieje po drugiej stronie lustra. Mówiono Jo, że niektórych rzeczy nie trzeba wiedzieć; niekiedy po prostu mąciły w głowie, zabierając cenny czas na szczęście. 
Westchnęła. Jeszcze raz rzuciła przeciągłym spojrzeniem na salę, Kapelusznika oraz Białą Królową. Cicho odsunęła krzesło i, pragnąc jak najszybciej wyjść z tej sali, wstała i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Szybko jednak przypomniała sobie, że nie wiedziała, dokąd chciała pójść; machnęła jednak niedbale ręką i raźnie wyszła z pałacu. 

*

Kiedy znalazła się za bramą wejściową do zamku, odetchnęła z ulgą. Chociaż w tym jednym momencie pragnęła pozostać sama. Błagała w duchu, żeby nikogo nie spotkać. Nie chciała z nikim zamienić ani jednego słowa. 
Już kiedy razem z Mniamałygą szły do pałacu, zauważyła niedaleko skupisko drzew, jednak nie zwróciła na nie uwagi. Teraz, kiedy w pełni mogła oddać się sobie, wolno ruszyła przez rozległą łąkę, powłócząc przy tym nogami. Nie myślała o niczym; szła jak robot zaprogramowany tylko do tego, żeby iść. Nie zaprzątać sobie głowy. 
Nim się spostrzegła, doszła do małego lasku. Rosły w nim same drzewa liściaste, nie zakradły się tam ani krzewy, ani nawet małe roślinki zielne. Zdziwiło to Joyce; niby był to las, ale bez żadnego podszytu…? Coś ewidentnie nie pasowało. 
Mimo że Joy czuła, że nie powinna zapuszczać się w głąb gaju, serce podpowiadało jej, żeby ruszyła. Tym razem postanowiła iść pod prąd; chociaż raz posłuchać się serca, które w innych przypadkach zawsze miało rację. 
Jo nigdy nie lubiła lasów – może dlatego, że w dzieciństwie obejrzała zbyt dużo strasznych (według niej) seriali? Nie była pewna, jednak ten drzewostan miał w sobie jakąś miłą, przytulną rzecz. Kiedy dziewczyna rozglądała się wokół z uśmiechem na twarzy i postanowiła dotknąć jednego z drzew, żeby dowiedzieć się, czy ma płaską korę, poczuła ucisk z tyłu czaszki. 
Świat wokół niej zawirował. Jedyne, co widziała, to ciemność i przeplatające się przez nią straszne obrazy. Krzyknęła. Złapała się za głowę i instynktownie odchyliła ją do tyłu – nic to jednak nie dało. Kolejne zdjęcia nawiedzały ją, nie dając nawet złapać oddechu. 
Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, był wszechobecny ogień. Wypełniał wszystko, co mogłaby zobaczyć, była jednak pewna, że coś kryło się za nim. Jakby pałac. Joy zacisnęła zęby z bólu i spróbowała się skupić na otaczających ją obrazach. 
Nie zobaczyła już jednak ognia. W jej głowie zagościł chaos – widziała ludzi, którzy wrzeszczeli ze strachu i pokazywali coś za nią. Odwróciła się, ale nic tam nie było. Czyżby ludzie wskazywali na nią…? 
Myślała, że ból rozsadzi jej czaszkę – usłyszała przeraźliwy krzyk; była pewna, że bębenki w uchu już nigdy nie będą działać jak „nowe”. Wrzask odbijał się echem w jej głowie, aż wreszcie zamilkł. Joyce zachłysnęła się ciszą, która natychmiast nastała. 
Nakazała sobie oddychanie powoli. Wdech… wydech… wdech… wydech… 
Serce biło bardzo szybko i mocno. Joyce łapczywie połykała hausty powietrza, jakby były one ratunkiem przed wszelkimi niebezpieczeństwami. W końcu nadal nie była pewna, co się przed chwilą stało. 
I czy to aby nie były tylko jej wymysły. 
Nie zorientowała się nawet, że leżała na ziemi. Spróbowała wstać. Kręciło jej się w głowie. Ze wszystkich stron nachodził ją natłok myśli i pytań: „Co tu się stało?”, „Co to za miejsce?”, „Co to miało znaczyć?” 
Jednak w tamtym momencie nie znalazła odpowiedzi na żadne z nich. 


– Czyś ty oszalała? – zapytała zdenerwowana Królowa, przechadzając się tam i z powrotem. – Kto ci pozwolił opuścić bramy pałacu? Wiesz, co tam może na ciebie czekać? 
Joyce zacisnęła usta. Z pokorą słuchała kolejnych nagan Mirany, w głębi duszy czuła, że kobieta miała rację. Nie powinna była uciekać, nawet jeśli znalazła się w nowej dla siebie sytuacji. Przyglądała się własnym butom, które nagle ją zainteresowały. 
W tej samej chwili drzwi rozwarły się; stanął w nich młody chłopak, mniej więcej w wieku Joyce. Szedł szybkim, długim krokiem, a krótkie włosy podskakiwały, gdy odrywał stopy od ziemi. Jo zwróciła na niego uwagę – przyglądała się nowo przybyłemu badawczym wzrokiem, otwierając nieco szerzej oczy. 
Młodzian doszedł do Królowej i ukłonił się. 
– Pani – zaczął, podnosząc nieco wzrok – mam nowe wiadomości. Źle się dzieje. Ludzie głodują, ponoć do sąsiedniego królestwa doszedł już… – Nagle dostrzegł postać siedzącą przed Królową i zamilkł. Wskazał ją palcem i rzucił pytające spojrzenie do Mirany. – Któż to? 
Królowa jednak machnęła lekceważąco ręką i gestem nakazało chłopakowi mówić dalej. Ten skinął głową i zaczął: 
– Doszły mnie słuchy, że w Zakresach jest już Armia Czerwonej… Wraz z nimi zmierza Żaberzwłok. – Przełknął ślinę, kiedy wypowiedział to imię. 
Miranie oczy otworzyły się szeroko – najwyraźniej zdumiała się, gdyż niepewnie powtórzyła: 
– Ż-żaberzwłok? Przecież on został zgładzony lata temu przez Alicję! Czyżby Zelżbiecie udało się wyważyć Truchłą Breję? – zapytała, głośno się zastanawiając. – Przecież w Antywii nie ma składników żeby to zrobić… 
– Pani, najwyraźniej znaleziono. Wiesz przecież, że nasze oddziały nie zbadały dokładnie okolic Zakresów, zwłaszcza w górach. 
Joyce słuchała tej wymiany zdań, ale nic z niej nie rozumiała. Nie wiedziała, czym były rzeczy, o których wspominali. Żaberzwłok…? Zelżbieta? Truchła Breja? Co tu się działo? Jo nie miała nawet czasu na nowo rozmyślać o swoich wizjach. 
Królowa głęboko się zastanawiała. Na jej czoło wystąpiły drobne zmarszczki. Od razu jednak przybrała obojętny wyraz twarzy i zwróciła się do chłopaka: 
– Dowiedz się więcej i wracaj szybko, Aaronie Bay – nakazała, zwracając lekko głowę w stronę drzwi. – Ja muszę teraz załatwić… pewne sprawy – powiedziała, jakby zapominając już o wcześniejszych wiadomościach. 
Aaron – najwidoczniej tak się nazywał – obrócił się w stronę drzwi. Omiótł wzrokiem Joyce, jednak wrócił na jej twarz po sekundzie. Zmarszczył brwi. Patrzył tak, jakby ją skądś kojarzył; pokręcił jednak niedostrzegalnie głową i wyszedł, próbując przypomnieć sobie, kim była ta dziewczyna. 
Jo nie miała pojęcia, czemu chłopak obserwował ją. Czyżby znali się z krainy snów? To była jedyna możliwość ich znajomości, bo dziewczyna zyskała pewność, że nigdy się nie poznali. Nie mogła jednak wymazać sobie z pamięci jego oczu, które tak wnikliwie ją przenikały – niby na wylot, wpatrzone w coś w oddali. 
– Joyce, nadal tutaj jesteś. 
Dziewczyna podskoczyła na dźwięk głosu królowej. Zdziwiła się, jednak natychmiast sobie przypomniała, że Mirana miała do niej jakąś sprawę. Zwróciła głowę w stronę kobiety i pokiwała głową, gotowa na to, co miało nastąpić. 
– A więc odpowiesz mi na kilka pytań… – zaczęła, nie dając jednak Joyce dojść do głosu, kontynuowała: – Imię i nazwisko. 
Joy uśmiechnęła się nieco. 
– Joyce April Parker, uro… 
– Wiek. 
Zmarszczyła brwi. Tak na marginesie – do czego miały służyć władczyni te pytania? Czyżby w Antywii prowadzono jakąś ankietę o każdym z mieszkańców? 
Ale Joy nie była mieszkańcem Białego Królestwa. Te dane służyły do czegoś innego. 
– Zawsze uważałam, że wiek to tylko cyfry – powiedziała przeciągle po krótkim zastanowieniu. – Jednakowoż twierdzę, że te personalia mogą się do czegoś przydać. Jak mniemam, siedemnaście wiosen. Może jeszcze jeden kwartał. 
– Wyjątkowo wygadana z ciebie… dziewucha. Ale i bystra, muszę przyznać – uśmiechnęła się delikatnie Mirana, zapisując informacje na kartce. – Imiona i wiek rodziców. 
Joyce uniosła brwi do góry i założyła ręce na piersi. Usiadła wygodniej i otworzyła usta: 
– Abelard, lat bodajże czterdzieści oraz nieżyjąca już Sueshanna, wiek przeze mnie nieznany, umarła przy narodzinach – wymówiła to ostatnie imię przełykając ślinę i czując jakąś gulę w gardle. Ten temat nadal ją bolał. 
– Stan cywilny. 
– Jeśli chodzi ci o ojca, to sama nie jestem pewna. Niewykluczone, że jest… 
– Stan cywilny – powtórzyła dobitnie królowa. 
– Panna – wyznała Joyce. 
Mirana machnęła ręką, żeby Joyce wyszła. I tak zrobiła. Kiedy znalazła się już za drzwiami, znowu doszło do niej to uczucie, że nie wiedziała, dokąd ma iść. Zobaczyła jednak tego chłopaka, Aarona, który stał przed drzwiami i szukał czegoś w torbie. 
– Przepraszam… – zaczepiła go. – Wiesz może, gdzie jest mój pokój? Ponoć jestem nowa i nie wiem, dokąd mam iść – mówiła, plącząc się. 
– Jasne – prychnął, wskazując palcem schody. – Na górę, w prawo, prostym korytarzem. Drzwi… chyba numer dziewiętnaście, aczkolwiek pewny nie jestem – posłał jej uśmiech, po czym wyraźnie zadowolony wyszedł z pałacu. 
Joyce nie pamiętała już, gdzie ma iść. A została sama. 

~*~ 

Z lekkim poślizgiem, ale jest! Joyce cała i zdrowa, a ja wreszcie siadłam do pisania. Musiałam się zainspirować – nareszcie coś przyszło po przeczytaniu serii „Denazen”. Jak widać, na blogu zajaśniał także nowy szablon wykonany przez Maggie, której bardzo, bardzo serdecznie dziękuję. 
Miejmy nadzieję, że kolejny nie wyjdzie już z opóźnieniem. 
Pozdrawiam!
~Autumn Llyon

Rozdział 2.

„Bo wiesz… jak się raz otworzy drzwi, których nie powinno się otwierać, to później trudno je zamknąć...”

Autora nie pamiętam, ale cytat pasuje do opowiadania.


~*~

Świat wokół Joyce rozmazywał się, stopniowo zanikając. Słyszała jeszcze ostatnie okrzyki na widowni, kiedy mrugnęła. Znalazła się zupełnie w innym świecie. To sen, myślała, to na pewno sen. Dopiero była na maneżu, biegła do Maxa, któremu się coś stało, a teraz… Nie, to jakieś chore wyobrażenia. Tak się nie mogło stać.
Joyce rozejrzała się. Była w lesie; jednak nie była pewna, czy to był las. Nie rosły tam drzewa, tylko kolorowe, ogromne kwiatki. Stały w nierównych odstępach. Kiedy Joyce podeszła do jednego z bławatków, ujrzała twarz. Ludzką, zwyczajną twarz. A usta poruszały się, bezgłośnie rozmawiając z sąsiednim kwiatem.
– Mówiące kwiatki? – zapytała Joyce samą siebie z niedowierzaniem. – Ja na pewno nic nie brałam? Ciekawe, co jeszcze ujrzę… – zastanawiała się na głos.
Nagle usłyszała za sobą trzepot malutkich skrzydełek. Jo nie musiała się nawet odwracać; już po chwili koło jej ucha przeleciał malutki konik na biegunach. Ścigał się z jakąś ważką, której koloru Joy nie potrafiła rozpoznać. Dopiero wtedy ujrzała różnokolorowe motyle, które latały między gigantycznymi kwiatami, dodając oryginalności.
Joyce wydało się to bardzo dziwne. Taki świat nie mógł istnieć… a może to tylko jej podświadomość? Może podczas biegu przewróciła się i uderzyła w głowę? Nie wiem, pomyślała. To jest po prostu niemożliwe.
W jednej chwili niebo z pogodnego zamieniło się w czerwone. Joyce nie wiedziała, co robić, co się stało. Sparaliżowało ją; jedynie stała z rozdziawionymi ustami i wpatrywała się w niebo, jakby szukając pomocy. Joy nawet nie mrugała. Nie mogła, strach sprawił, że nie miała siły poruszać własnymi kończynami.
– Schowaj się, ofiaro losu! – usłyszała nagle za swoimi plecami żeński, cichy krzyk.
W tym samym momencie coś chwyciło Joy za nadgarstek i pociągnęło w dół. Dziewczyna nawet nie miała czasu na reakcję; instynktownie schowała się, czujnie obserwując zdarzenia. Okazało się, że stworzeniem, które ją uratowało, była… biała mysz. Groźny wyraz twarzy oraz szpada po prawej stronie pasa od razu dawały znać, z kim ma się do czynienia. Mysz ubrana była w różową sukienkę, a kiedy Joyce przyglądała się jej ubiorowi, ta posłała jej surowe spojrzenie i szybko powiedziała:
– Jestem Mniamałyga. – Wyciągnęła rękę. – Nie wiem, kim TY jesteś i lepiej zaprowadzę cię do Absolema w celu uzgodnienia tego, ale Tarrant mnie tu przysłał; podobno jakieś dziewczę się tutaj zjawi… i pewnie jesteś nim ty. – Wzięła głęboki wdech i spojrzała w niebo, które nadal było krwistoczerwone. Mruknęła cicho: – A przy okazji przyszli tu rycerze Czerwonej Królowej… Ech, trzeba to przeczekać. Nie wiadomo, kogo szukają.
Joy z daleka usłyszała niskie, basowe szczekanie psa. Przywarła plecami do kamienia i wychyliła lekko głowę za skałę. Wytężyła wzrok; z daleka ujrzała biegnące zwierzę i jakieś czerwone, biegające… karty? To z Joy było coś nie tak, czy z tą krainą?
Jednak nie było czasu na rozmyślania. Mniamałyga zakryła usta Joy swoją łapką. Trwały w ciszy, Joyce nawet myślała, że jej oddech umilkł. Wydawało jej się, że w miarę jak rycerze się zbliżali, coraz głośniej biło jej serce. Po chwili, gdzieś koło swojego ucha, usłyszała wciąganie powietrza. Umysł Jo błądził; zmysły dopiero po chwili wróciły na dawny tor.
Joyce i Mniamałyga jeszcze bardziej przywarły do kamienia. Dziewczyna pomyślała, jaki to musiał być ogromny głaz, skoro zmieściły się tam obie. I jaki gigantyczny był ten pies. Dopiero po chwili wpadło jej do głowy, że może to ona jest mała. W końcu była wielkości myszy…
Nagle przed myszą i Joy przebiegł pies. Poczuły na sobie chłodny powiew wiatru, spowodowany ruchem. Pies przebiegł obok nich bez żadnego zatrzymania ani zawahania, co Jo skomentowała krótkim, cichym westchnięciem. Było prawie po wszystkim.
Kilka sekund później nad głazem, za którym schowały się Joyce z Mniamałygą, przeskoczyła armia Czerwonych Żołnierzy. Chwilę potem nie było już ich widać, a mysz westchnęła z ulgą. Joyce spojrzała na nią pytająco.
– Ciesz się, że to nie mnie, ciebie albo nas razem nie chcieli złapać. Gdyby tak było, to… – Nagle zakryła sobie usta łapką. Popatrzyła na Jo podejrzliwie. – Nie mogę ci tego powiedzieć! Nie ufam ci! Musisz zasłużyć sobie na moje zaufanie! – wycedziła wściekła na samą siebie, że mały włos, a wygadałaby o wiele za dużo.
Joyce z uśmiechem wyciągnęła rękę przed siebie, nie chcąc, by Mniamałyga była na nią zła. Chciała się jak najszybciej stąd wydostać, nawet jeśli to był sen; a ta mysz na pewno dużo wiedziała.
Mniamałyga jednak prychnęła z odrazą, odrzucając propozycję porozumienia. Nie chce…? To nie, pomyślała Joy. Opuściła rękę z udawanym smutkiem i oparła się o pień. Uniosła jedną brew w górę i czekała. Mysz przyglądała jej się badawczo czarnymi ślepiami, a następnie głośno westchnęła.
– Oj, dziewucho, sporo się jeszcze musisz nauczyć. Przyjaźni tutaj nie zawiera się od tak – wykonała gest pstryknięcia palcami – jak już mówiłam, trzeba sobie na nią zasłużyć. Długie życie wiele mnie nauczyło, kochaniutka.
Tak? Wygląda, jakbyś żyła bardzo, bardzo krótko, o mało nie powiedziała tego na głos. Powoli zaciekawienie ustępowało miejsca irytacji na to wszystko. Denerwowała się. Co ona w ogóle tu robiła? Co to było za miejsce?
Joy nie zauważyła, kiedy Mniamałyga ruszyła do przodu. Dziewczyna stała wpatrzona we własne stopy. To w końcu przez nie tu trafiła. Chciała zabić je wzrokiem.
– Idziesz czy nie, ciamajdo? – zapytała niecierpliwym tonem mysz. – Nie chcę się zestarzeć.
Jo wzruszyła ramionami. Powlekła się za stworzeniem; nie rozglądała się wokół. Rozmyślała, jak rozegrać całą grę z tym Abso-cośtam, żeby wydobyć od niego jakiekolwiek informacje. Na pewno się domyśli, że dziewczyna chce wrócić do domu – ale co w takiej sytuacji będą znaczyły te, niby bezsensowne, pytania?
Sądziła, że miała mało czasu. Nawet te kilka chwil trzeba było dobrze wykorzystać.

*

Odsłoniła różowego liścia sprzed twarzy; spojrzała przed siebie, pełnym wyzwania wzrokiem. Nie było w nim ciekawości – dziewczyna chciała zrobić wrażenie pewnej siebie, stanowczej. Nie była pewna, czy jej się udało.
I że niby to miał być Absolem? To… „coś” leżące na posłaniu z liści, niebieskie i puszczające kółka z dymu? Absolem, ten wielki mędrzec, był… gąsienicą?!
– Ktoś ty? – zapytał jakby od niechcenia, znudzonym tonem.
Jo sięgnęła głęboko do swojej pamięci; gdzieś już słyszała takie pytanie. Miała już na końcu języka, wiedziała to przecież! Czy to… niemożliwe… postać z bajki? Wylądowała w Krainie Czarów jak Alicja? Przecież nie spotkała Białego Królika ani nic z tych rzeczy, chociaż…
– Absolem? – wymówiła to imię mocnym, stanowczym tonem. Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.
…Mniamałygę też kojarzyła. Nie, pewnie to tylko sen. Może Joy poślizgnęła się, przewróciła i uderzyła w głowę? Nie mogła wykluczać żadnych możliwości…
– Nie TY Absolem, JA Absolem, tępe dziecię. – Dmuchnął dziewczynie dymem prosto w twarz, sprawiając, że zakaszlała.
...Tak, teraz była pewna. Identycznie Absolem mówił w książce czy tam filmie, nie była już pewna. Tyle lat minęło, od kiedy sięgała do takiej tematyki! Nie wierzyła już przecież w bajki.
– Tak, tak… – machnęła lekceważąco dłonią. – A teraz mów. Co to za miejsce? Jakaś kraina dziwaków? – zakpiła, grając na czas.
Nie wiedziała, co zyska, a co straci. Chciała się dowiedzieć, po jak cienkim lodzie stąpa. Może się czegoś od gąsienicy – niezbyt inteligentnej, trzeba przyznać – dowie.
– Ktoś ty? – powtórzył pytanie.
Tym razem Joy głęboko westchnęła. Jak ona mogła? Czy siedziała w niej jakaś nieujawniona dotąd bestia?
– Ty? Tyś Absolem, jak sądzę… Nieprawdaż? – Uśmiechnęła się słodko. Absolem mógł tylko zgadywać, jak podła była na co dzień, a przyrzekałaby, że taka nie była.
Inne światy zmieniają ludzi, zaśmiała się z siebie w duchu. Szybko i przelotnie spojrzała na gąsienicę – nie odgadła nic z jego twarzy, grał w masce. Podobnie jak ona.
– Tak, ja Absolem. A teraz przemów, tępe dziecię. – Posłał w stronę Joy kółko z dymu. Westchnął ciężko i poprawił się na siedzisku.
Czas to skończyć.
– Ja? Ja jestem tylko tępym dzieckiem, jak mniemam. Przynajmniej ty tak mi powiedziałeś. Chociaż… nie ma sensu dłużej grać. Joyce April Parker. Mówi ci to coś? Ktoś mnie wezwał różdżką?
Gąsienica się tylko zaśmiała. Ten śmiech był znajomy... Absolem coś mówił, ale Joy nic nie słyszała. Nagle jednak stworzenie na posłaniu zniknęło; zostały po nim ostatnie koła dymu, które również rozpłynęły się w powietrzu, tak jak ich pan.
– Idziemy! – Mniamałyga pociągnęła Joy za nadgarstek.
Dziewczyna nie miała czasu na protesty. Zdumiona nagłym czynem, ruszyła posłusznie za myszą. Po chwili jednak delikatnie wyszarpnęła nadgarstek z chwytu Mniamałygi. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, jednak od razu je zamknęła. Jeśli mysz miała coś do powiedzenia – z czasem na pewno jej to powie.
– Dziewucho, idziemy do Mormoral. Jeśli nawet Absolem nic nie wymyślił, może Biała Królowa będzie wiedziała.
Mniamałyga przyspieszyła kroku. Po chwili wyszły z wielobarwnego lasu, a wyszły na ogromną łąkę. Trawa była jasnozielona – albo to wieczna cecha tej krainy, albo rośliny dopiero co urosły, pomyślała Joy. Rozejrzała się wokół. Dopiero teraz zauważyła, że kilka metrów dalej zaczynała się alejka. Drzewa rosły po obu stronach ścieżki; ich liście zdobiło białe kwiecie. Wyglądało to doprawdy magicznie.
Niebo było błękitne; Joy nie zauważyła ani jednej chmurki. Słońce świeciło wysoko, a cienie były krótkie. Musiało być koło południa.
Wszystko tutaj wydawało się Joyce takie ogromne – może dlatego, że była wzrostu myszy? A może wszyscy tacy są? Myślała o jednym – musiała jak najszybciej się dowiedzieć, o co chodzi. I wrócić do domu.

*

– Pięknie tu – wyszeptała Joy zachwycona.
Znajdowała się na królewskim dworze. Na trawie – jasnozielonej – leżały ogromne, jak dla Joyce, kwiaty wiśni; zdobiły one także drzewa, które otaczały dwór. Wydawałoby się, że mają z Mniamałygą do pokonania jeszcze wiele godzin; były tak malutkie, że dwumetrowa ścieżka, którą szły, w oczach Joy miała szerokość dziesięciu metrów.
– Masz. Jesteś za tycia, żeby tam wejść – powiedziała Mniamałyga, wciskając Jo do ręki jakieś ciastko.
– Zjedz mnie – przeczytała na głos Joy.
Wzruszyła ramionami i ugryzła ciastko. W mgnieniu oka zaczęła rosnąć; była coraz wyższa. Nie czuła, że zmienia rozmiar. Według niej samej nadal była wielkości myszy, a wszystko wokół było ogromne. Zauważyła jednak, że drzewa się kurczą; i wtedy domyśliła się, że osiągnęła właściwy wzrost.
Przerzuciła kasztanowe włosy przez ramię. Przed Joy wznosił się potężny zamek zbudowany z białej cegły. Sprawiał cudowne wrażenie. Stał w majestatycznej harmonii, która zachwyciła Joyce. Dwie wieże po obu stronach pałacu; a łączył je balkon. Cały dwór utrzymany był w bieli – nawet ludzie. Ku dziewczynie zmierzali paziowie i damy dworu, a na ich czele szła królowa.
Miała delikatne rysy twarzy. Blada skóra oraz białe włosy komponowały się z ciemnymi ustami oraz mocnymi brwiami. Kobieta cały czas była delikatnie uśmiechnięta. Joy zauważyła, że miała idealnie białe zęby. Suknię miała w takim samym kolorze, co włosy; nie miała za dużo dodatków, nie była także zbytnio uboga. Ręce miała nieco uniesione po boku. Miała zapewne obcasy, gdyż kroki stawiane przez królową stukały na bruku.
– Za chwilę pokłonimy się przed królową Miraną – syknęła Mniamałyga, dając Joyce kuksańca w żebra.
Jednak za dworzanami szedł ktoś jeszcze. Jo uśmiechnęła się – włosy mężczyzny były takie… nietypowe! Miały odcień dojrzałej pomarańczy i sterczały ku górze. Najprawdopodobniej to podniszczony kapelusz stawiał, że nie uniosły się jeszcze wyżej. Im bardziej ten dziwny osobnik się zbliżał, tym więcej Joyce widziała szczegółów. Mężczyzna miał twarz pomalowaną na biało, a wokół oczu miał rozmazany zielono-różowy makijaż. Clown?, pomyślała Joyce.
– Nader blisko – szepnęła mysz, zwracając uwagę Jo na zbliżającą się królową. – Trzy, dwa, jeden i… ukłon!
Dziewczyna sztywno ukłoniła się. Królowa zatrzymała się, a potem dygnęła. Joy zauważyła na jej głowie srebrną koronę wysadzaną szmaragdami; symbol władzy.
– Witam w Mormoral! – powiedziała spokojnie Mirana. – W imieniu innych witamy także w Antywii!
Uwagę Joyce na nowo zwrócił mężczyzna w kapeluszu. On jako jedyny ze świty królowej nie był ubrany na biało; nosił czarne ubrania z czerwonymi akcentami. Były one jednak na swój sposób kolorowe – jednak ani trochę nie umniejszały harmonii pałacowi ani świcie królowej.
Joy uśmiechem odpowiedziała Miranie. Nie miała zielonego pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Nigdy przecież nie była na królewskim dworze! W tamtym świecie było bardzo mało „aktywnych” pałaców, nikt nie miał potrzeby nauczać książęcej etykiety. A tym bardziej w małym miasteczku w Arizonie.
– Zapraszam – usłyszała Joy.
Był to głos królowej; delikatny jak zwykle, jednak Jo wyczuła nutę zmęczenia. Ruszyła bez marudzenia. Jednak cały czas po głowie chodził jej mężczyzna w kapeluszu…

*

Siedziała w małej sali. Sądząc po wyposażeniu musiała być to dworska kuchnia; białe meble zdobiły pokój. Nad kuchenką wisiały noże, łyżki i widelce. Za oszkloną szafką stały – białe – misy, talerze oraz dzbanki.
Stół, przy którym zajęła miejsce, nie był długi. Stała przy nim ława. Swoje ręce Biała Królowa położyła na blacie stołu, a poza nimi nic tam nie było. Nagle z miłego, uśmiechniętego wyrazu twarzy Mirana przybrała surową maskę.
– Przejdźmy do konkretów – powiedziała, zginając ręce w łokciu. – Co wiesz?
Joy osłupiała. Zmarszczyła lekko brwi, zdziwiona. O co jej chodziło? Przecież Jo dopiero się tutaj pojawiła, nic nie wiedziała! A wspomnienia sprzed przybycia tutaj powoli jej zanikały…
– Ale że co? – bąknęła głupawo.
Królowa najwyraźniej straciła cierpliwość. Uniosła się nad blatem stołu i zmniejszyła odległość pomiędzy głową Jo a swoją. Spoglądała jej prosto w oczy.
– W Krajdole źle się dzieje, Czerwoni Rycerze mnożą się jak pluskwy, wojna jest, jak myślę z Kapelusznikiem, nieunikniona, a… – mówiła szybko i niezrozumiale. Joy, zdumiona, nawet nie miała sił na wzięcie tchu. – …TY pojawiasz się w środku całego tego chaosu, praktycznie głupia, zamknięta na cały świat – nie sądzisz, że to dziwne? Bo ja tak. I w trosce o dobro Mormoral chcę to jak najszybciej wyjaśnić.
Wojna…? Co tu się działo? Kraina Czarów w książce i filmach wyglądała tak beztrosko… Joy marzyła, by się tam zjawić! Było to tak cudowne, tak niesamowite miejsce! Nigdy nie sądziłaby, że… to wszystko tak wygląda naprawdę. Wolała nie znać tej „drugiej strony medalu”.
Joyce przez chwilę przypatrywała się Miranie w skupieniu. Rozważała kilka razy wszystkie słowa wypowiedziane przez władczynię. Cierpliwie znosiła jej wzrok. Ale kiedy Królowa odchrząknęła, w Jo coś pękło. Wstała gwałtownie i jedynym, co potrafiła z siebie wydusić, było:
– Zmieniłaś się.
I wybiegła z kuchni.

~*~

Mocne, nieprawdaż? Pisałam ten rozdział naprawdę bardzo długo, miałam pewną przerwę, nie miałam siły ani pomysłu na pisanie dalej… ale przełamałam się. Kiedy pomyślałam o tym wszystkim, co mnie jeszcze czeka, aż złapałam się za głowę i powiedziałam: „Ale jak to! Tyle miało się dziać, a ty chcesz to skończyć?” I myślę, że wtedy miałam rację.
Pozdrawiam pysie-misie! ♥

Wasza na zawsze ~Cav