Rozdział 4.

„Nawet tak krótki odpoczynek pozwolił ruszyć w dalszą drogę z nowymi siłami.”

Rhys jeszcze nigdy nie był tak zmęczony. Ledwo oddychał; pokonał już większość drogi, cały czas myśląc, czy poddać się i położyć na rozgrzanej przez słońce ziemi. Oczekiwać na sępy. Jednak perspektywa spędzenia jeszcze parunastu godzin w tym piekle nie wyglądała najlepiej. Bo piekło z całą pewnością tak wyglądało.
Chłopakowi wydawało się, że żar rozpala mu głowę i plecy. Według mapy, którą wyjął i zgubił w ostatniej oazie, do granicy zostało około dwadzieścia kilometrów. Z pewnością przeszedł już pięć, ale kto wie, czy nie więcej? Umysł miał pusty. Tylko nogi przestępowały do przodu, jakby same wiedziały, że nikt za nie nie przejdzie tej drogi.
Piasek, który swoimi suchymi falami rozlewał się wokół, wcale nie zachęcał. Drobinki wdzierały się Rhysowi do butów, a to nie ułatwiało chodzenia. Pierwszy raz mężczyzna zdał sobie sprawę, jak bardzo nie doceniał pałacowych wygód.
Rhys podniósł wzrok, a ciemne włosy opadły mu na oczy. Z wielkim wysiłkiem odgarnął je ręką, która następnie bezwiednie opadła na bok. Ujrzał w oddali jakieś zbiorowisko drzew. W pierwszej chwili ogarnęła go euforia. Uśmiechnął się; wyglądało to raczej jak zmęczony grymas.
Zdał sobie sprawę, że to mogła być fatamorgana. Parł jednak uparcie do przodu – z każdym krokiem Pałac był coraz bliżej, a to, czego się dowiedział, nie mogło czekać.

*

Joyce otwierała drzwi do swojego pokoju z uśmiechem na twarzy. Nareszcie go znalazła; ten cały Aaron dał jej niejasne wskazówki, tak to sobie tłumaczyła. Jednak kiedy przestąpiła próg, uśmiech zgasł, a na jego miejsce na twarz wstąpiło niedowierzanie.
– Nie wierzę – szepnęła, kręcąc głową.
Zrobiła krok do przodu i podeszła do łóżka. Nie dość, że pokoik był malutki, to jeszcze łóżko zajmowało większość jego powierzchni. Jo otworzyła nieco usta ze zdziwienia, próbując się dotlenić. Dotknęła powierzchni, a przewidywania dziewczyny się spełniły – nie było tam żadnego materaca. Deski.
Czy ona naprawdę miała spać na deskach? Po chwili jednak zobaczyła jakiś plus – miała kołdrę. Zawsze takowa mogła służyć za miękkie posłanie.
Wyglądało na to, że łóżko było jedyną atrakcją w tym pomieszczeniu, gdyż niczego więcej tam nie było – pomijając żarówkę, która wisiała na jednym, grubym kablu na środku białego sufitu.
– Mam nadzieję, że nie spadnie mi na głowę, kiedy będę spać – mruknęła Joyce, spoglądając podejrzliwie na lampkę. – Ona ma w ogóle włącznik?
Joy przeszła wzrokiem po seledynowych ścianach i tuż przy drzwiach ujrzała wielki guzik. Uśmiechnęła się z satysfakcją – będzie mogła się nad nim znęcać, gdyż już wcześniej zauważyła, że apartamenty królowej znajdują się dokładnie naprzeciw sypialni Joyce.
Podeszła do okna wychodzącego na ogród. Nie pierwszy już raz pomyślała, że było tutaj tak pięknie. Co chwila przelatywały jakieś ptaki, które wyglądały na zupełnie inne, niż były na… Ziemi. Jo postanowiła już nie oszukiwać i nazywać rzeczy po imieniu – na razie miała zostać w Krainie Czarów, więc trzeba było się przyzwyczaić.
Cichy śmiech wyrwał ją z zamyślenia – przestraszyła się nieco i szybko odwróciła. Zdziwiła się widząc w drzwiach Aarona, który uśmiechał się i najwyraźniej ledwo powstrzymywał od wybuchnięcia niepohamowanym śmiechem.
– Niezły pokój – zaczął, robiąc parę kroków w stronę Joy. – Rhys wybierał. Ma gość talent, prawda? Szkoda, że nie widzi twojej miny – zatarł ręce – wiele bym dał, żeby móc ją uwiecznić, bo, powiem ci szczerze, jest bezcenna.
Aaron wyminął Joyce, przeczesując palcami swoje włosy w kolorze piasku. Uśmiechnął się jeszcze raz, widząc łóżko, i nagle spoważniał.
– Mógł ci jednak załatwić jakiś materac, nie chcę, żebyś na misjach była cała obolała – jeśli w ogóle na jakąś pojedziesz, ma się rozumieć. – Na twarz znów wrócił mu uśmiech. – Ale muszę przyznać, królewski apartament.
Jo prychnęła, posyłając Aaronowi spojrzenie, które miało go zabić. Coś najwyraźniej nie wyszło, gdyż nadal był cały i zdrowy.
– Kim jest Rhys? – zapytała.
– To najlepszy przyjaciel, rycerz i wojownik. Jednocześnie niezły dowcipniś, na twoim miejscu już bym się bał – zaśmiał się Aaron, po czym podszedł do Joyce. – Mam nadzieję, że skoro już tu jesteś, zamek się trochę… ożywi. W końcu ktoś nowy – uśmiechnął się ciepło, po czym podniósł rękę, jednak natychmiast ją opuścił.
Joyce spojrzała w jego zielone oczy i uniosła kąciki ust.
– Co tu się dzieje? – zapytała cicho, usiłując przybrać taki ton, który dodałby Aaronowi chociaż trochę otuchy. Coś go gnębiło.
– Joy, tutaj się dzieje naprawdę bardzo dużo i może nawet lepiej, że na razie o niczym nie wiesz – powiedział i spojrzał na zegarek. Złapał Joy za nadgarstek i wyszli przez drzwi. – Chodź, Kapelusznik chciał się z tobą widzieć.
– A mój pokój…? – mruknęła Joyce, ociągając się.
– Pokój poczeka – uśmiechnął się Aaron i przeprowadził Joy przez labirynt korytarzy.
Miała nadzieję, że nigdy już nie znajdzie drogi powrotnej do tego pomieszczenia.

*

Mimo iż zawód „kapelusznik” wyraźnie dawał do zrozumienia, że takowy człowiek ma coś do czynienia z kapeluszami, Joyce zdziwiła się, gdy weszła do biura Tarranta. Wszędzie tam były nakrycia głowy – na szafkach, półkach, kanapie, krzesłach a nawet na podłodze roiło się od meloników, cylindrów, westernów, znalazłoby się nawet sombrero. Wszystko to mieściło się w jednym, niezbyt dużym pomieszczeniu utrzymanym w czerwieniach i pomarańczach.
– Joyce, witam, czekałem na ciebie! – zaczął Kapelusznik, po czym podszedł do Joy z miarą krawiecką zawieszoną na szyi. Chwycił ręce dziewczyny w swoje i podprowadził do małego stoliczka z krzesłami, jedynego miejsca, gdzie nie było kapeluszy.
Aaron ruszył za nimi, zajmując jedno z miejsc. Joyce usiadła koło niego, naprzeciw kapelusznika. Aaron nieznacznie uśmiechnął się, ale od razu spoważniał i spoglądał wyczekująco na Tarranta.
Ten zaś wziął ręcznie malowany, porcelanowy imbryk i nalał sobie herbaty. Dosypał dwie kostki cukru, podniósł, przyjrzał się i odstawił. Mniamałyga od razu podbiegła do filiżanki i spróbowała palcem, mrucząc pod nosem coś w stylu: „Marcowy Zając zamienił cukier z solą, a to sukinzając”.
Uśmiechnął się szeroko, a mucha pod brodą zadrgała. 
– Ona tak zawsze? – zapytał Aaron, kręcąc głową ze śmiechem. – I Zając też. Ja się dziwię, jak ty z nimi wytrzymujesz?
Kapelusznik potarł brodę w zamyśleniu. Chwilę przyglądał się w skupieniu Mniamałydze, potem Marcowemu Zającowi, aż wreszcie spojrzał na Aarona.
– Lata praktyki działają cuda – powiedział, ucinając temat. Zwrócił się do Joyce: – Wzywałem cię, nieprawdaż? Jak zapewne myślisz, nie bez powodu. Nadal dokładnie nie wiemy, czemu tu trafiłaś – ale musimy to jak najszybciej odkryć. Rozumiesz?
Joyce skinęła głową. Kapelusznik przechodził z jednego tematu do drugiego, przez co w głowie Joy stworzył się mętlik. Zaczęła wpatrywać się w swoje buty, chcąc wyławiać jakieś ważniejsze słowa Tarranta.
– To, co widziałaś, jest… dziwne. Wiemy od jakiegoś czasu, że z tamtym lasem coś się dzieje – nie było jednak wiadome, że na taką skalę! Myślę, że to cię będzie bardziej interesować – nadal nie wiemy, jak wrócisz do domu, a tym bardziej, jak w ogóle się tu dostałaś.
Kapelusznik wzruszył ramionami, po czym podniósł do ust filiżankę z herbatą i napił się. Trzymał chwilę napój w ustach i połknął. Nagle zobaczył, że Joyce wcale nie wpatruje się z zainteresowaniem w niego i zmarszczył brwi.
Mniamałyga natychmiast to zauważyła. W dwóch susach przeskoczyła odległość dzielącą ją od Joy, stanęła przed nią wyprostowana i rzekła donośnie:
– Słuchaj, ty… śmyrny bździu!
Joyce nagle zwróciła na nią zszokowany i zdziwiony wzrok i przestała się ruszać.
– Mniamałygo! – zganił ją Tarrant, nakrywając mysz filiżanką.
Nawet spod nakrycia można było usłyszeć, że uwięziona mruczała coś pod nosem i zapukała parę razy w porcelanę. Kiedy nikt jej nie uwolnił, przestała.
– Ups – zachichotał Marcowy Zając, podnosząc na wysokość swoich oczu imbryk z herbatą. – Dzbanek – zauważył i wlał napój prosto do ust.
Aaron zaśmiał się i wydobył Mniamałygę spod filiżanki.
– To nasz gość – wypowiedział poprzez śmiech. – Traktuj ją… należycie.
Mysz posłała Aaronowi gniewne spojrzenie.
– Po prostu chciałam, żeby ta… dziewucha niewyżyta zwróciła swoją szacowną uwagę na położonego wyżej od niej mieszkańca, który postanowił jej wyjaśnić, co u nas robi! – Pod nosem dodała: – Ja też bym się tego z chęcią dowiedziała.
Aaron uśmiechnął się pod nosem.
– Joyce, musisz… – zaczął powoli, uważnie obserwując, czy „dziewucha niewyżyta” słucha go.
– Ja nic nie muszę – warknęła Joyce, przewracając oczami.
– Okres spóźnionego buntu? – zakpił Aaron.
– Aaach! – zdenerwowała się Mniamałyga, po czym wyszła z pomieszczenia.
Kapelusznik wyciągnął rękę pomiędzy Aarona a Joyce, nie pozwalając im na dalsze kłótnie.
– Zaprzestańcie! Joyce, wysłuchaj mnie w końcu…

*

Joyce usiadła na łóżku, zapalając po drodze żarówkę. Pomieszczenie wypełniał delikatny blask światła, który wydał się dziewczynie magiczny. Rozejrzała się wokół – pokój nadal był taki sam, pusty i bez żadnych udogodnień. A najbardziej żałowała braku materaca, który przydałby się jej do porządnego wyspania.
Nagle jednak usłyszała trzask drzwi, a chwilę potem pozostałości lampki leżały na jej łóżku. „Najwyraźniej kabel przymocowany był tak dobrze, że aż źle”, pomyślała.
Aaron podszedł do Joyce i oparł się łokciem o ścianę. Wziął głęboki wdech i zaczął:
– Co ty wyprawiasz? – zapytał z gniewną nutą w głosie. – To już nas… mnie irytuje! Raz jesteś wesolutka jak słoneczko, a po pięciu minutach odzywasz się jak do kogoś, kogo serdecznie nienawidzisz.
Joyce zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. Nie powiedziała nic.
– Odpowiedz. Jeśli tego nie zrobisz, będę zmuszony wydalić cię z pałacu – Aaron zrobił przerwę – a mam do tego prawo. Czekam.

Dziewczyna popatrzyła na niego. Nie mówiła nic kilka sekund, po czym głosem cichym odparła:
– Wiesz, że sama nie wiem…? Mam jakieś dziwne, wrogie nastawienie do całego pałacu. To wszystko jest dla mnie… dziwne. Nie mogę przeboleć tego, że już nie jestem u siebie. Mam mieszane uczucia, nie jestem pewna, co czuję! Możesz mnie uważać za wariatkę, ale…
– Wcale nie jesteś wariatką – powiedział ledwo słyszalnie Aaron. – Tutaj wszyscy tacy są. Jakaś zła aura czy coś – uśmiechnął się.
Joyce odwzajemniła to.
– Dobra, prześpij się na swoim jakże wygodnym łóżku i widzimy się jutro – prawie zaśpiewał Aaron, opuszczając pokój. – A, i jeszcze jedno. Ponoć niedługo wraca Rhys, więc on ustawi cię do pionu. Już ja o to zadbam – rzekł na odchodne, po czym wyszedł z pokoju, tym razem już nie trzaskając drzwiami.
A żarówka nadal leżała koło Joyce, wcale nie chcąc zawiesić się sama z powrotem na suficie.

*

– Nareszcie! Jeszcze parę kroków – wysapał do siebie Rhys, czując widoczną zmianę klimatu.
Nie był pewien, jak to dokładnie działało – w jednym miejscu mogła być pustynia, a pięć metrów dalej – zima. Według niego w pewnym sensie było to ułatwienie, gdyż po długiej wędrówce mógł znaleźć się w o wiele chłodniejszych stronach, gdzie mógł wypocząć.
A po kilkunastodniowym spacerze po pustyni brakowało mu tylko chłodu i wody. Tej drugiej w bardzo dużych ilościach.
Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, jak cudowne było uczucie postawienia stopy na świeżej, pokrytej rosą trawie. Stanął dwoma nogami na gruncie i uklęknął, po czym położył. Przewrócił się na plecy i chwilę głęboko oddychał, a ciężar zdobytych informacji ciążył na nim bardziej niż kiedykolwiek.
Nie było czasu na odpoczynek.
Ale co mógł poradzić, skoro to było silniejsze od niego?
Rhys przejechał zmęczonymi dłońmi po trawie, a te stopniowo nawilżały się. Wreszcie pozbył się tego ohydnego piasku, który towarzyszył mu przez tę podróż. Wreszcie mógł przekazać informacje, które wydały mu się bardzo ważne. 
Wreszcie mógł wrócić do pałacu i położyć się w dogodnych warunkach, na materacu. Mógł poznać tę nową dziewczynę, której pojawienie się czuł w ostatnich tygodniach.
Aż wreszcie przypomniał sobie swoje postanowienie o zabraniu jej materaca i pomyślał, że ona też musiała spać na deskach. Rhys musiał na drzewach. Nikomu tego nie zazdrościł, więc zebrał się w sobie i zadecydował, że pierwszym, co zrobi co przyjściu, będzie podarowanie nowo przybyłej prowizorycznego materaca.
– Koniec tego leżenia – mruknął do siebie i wstał.
Nawet tak krótki odpoczynek pozwolił ruszyć w dalszą drogę z nowymi siłami.
Rhys spojrzał przed siebie – widział już wieżę graniczną, która była celem jego podróży. Szedł więc, myśląc o wszystkim, byle nie o bólu nóg i piasku znajdującym się w butach – nagle przed oczami stanął mu Aaron machający na pożegnanie.
Rhysowi brakowało wesołego kompana. Wiedział, że pisząc się na wszelkiego rodzaju misje, w większości z nich będzie szedł sam, ale z kimś było o wiele lepiej. Miało się chociaż osobę z którą można było pogadać, nie narażając się na zdradę tajemnic państwowych. Dla Rhysa oznaczałoby to koniec pracy, ale musiał się przyzwyczaić, że każdy „obcy” mógł być potencjalnym wrogiem.
Rhys nie zauważył nawet, kiedy dotarł do granicy z Marmoran. Zajmowały się nim różne osoby, a on sam leżał bezwładnie. Próbował dać do zrozumienia gwardzistom, że nie miał czasu, że przyszedł ze sprawami niecierpiącymi zwłoki. Ci jednak mówili, żeby się uspokoił.
On jednak nie mógł się uspokoić. W Antywii działo się coś złego, a Rhys być może posiadał kolejny fragment układanki.
__________________________
Dostałam nagłej dawki motywacji do pisania, uhuhu! Do tego rozdziału – fakt faktem – zabierałam się kilka razy (nieraz po długiej przerwie), ale w końcu jest – świeżutki i pachnący, tylko podziwiać :D
Pozdrawiam!
Zmieniająca pseudonimy jakieś setki razy
Autumn Llyon
PS Widziałam, że zostałam nominowana do Bloga Miesiąca kwietnia w Księdze Baśni – dziękuję, może i mam na razie mało głosów, ale może z czasem, gdy będę mieć większą ilość stałych czytelników, to się zmieni! :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz